Od jakiegoś czasu byłam na skraju urwania sobie głowy. Cała ta sytuacja przygniotła absolutnie wszystko, co ze mną związane. Kobieta-rakieta nagle stała się duchem. Myślałam. Chodziłam i myślałam. Analizowałam, teoretyzowałam, rozważałam, roztrząsałam, gdybałam, zastanawiałam się… I chciałam roztrzaskać sobie łeb. Próbowałam się obudzić, ale nie mogłam. Nie wiedziałam jak. Nie potrafiłam zmienić tematu. Siedziałam sama ze sobą i myślałam. Gdy zasypiałam, zaczynało mi się to wszystko śnić. Budziłam się w nocy na parę minut i automatycznie właśnie to pojawiało mi się w głowie. Spotykałam się z kimś celowo, przypadkiem, na cały wieczór, przelotem w autobusie.. i zaczynałam mówić. Zaczynałam mówić i mówiłam tylko o tym. Mówiłam. Napierdalałam. Rzygałam. Jak chomik w kołowrotku. Aż wybuchał mi mózg, aż zdzierałam gardło, aż się zmęczyłam z poczuciem żalu i bezsensu, jakbym gdzieś szaleńczo biegła i nie zdążyła. Miałam wrażenie, że zmniejsza mi się objętość czaszki, jakby mózg miał coraz mniej miejsca, jakby się dusił, kaszlał, zdychał, jakby błagał o litość. Nie miałam czasu. Nie miałam siły. Przestałam robić cokolwiek innego, bo myślałam. Non stop. Nie myślałam podczas jedzenia, tylko jadłam podczas myślenia. Jechałam tramwajem, robiłam zakupy, jadłam, myłam się, piłam, nie piłam, siedziałam, szłam, leżałam, na plecach, na brzuchu, na głowie. Myślałam bez sekundy przerwy i wykonywałam tylko automatyczne czynności niezbędne do przetrwania, nad którymi ani trochę nie panowałam. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak bardzo nie wiedziała, co robić. Nie pamiętam, by cokolwiek doprowadziło mnie do tak skrajnej bezradności. Zawsze „jakoś miało być”, zawsze były jeszcze cienie szans, jak nie trzy, to nawet i jeden albo pół, ale był. Była nadzieja. Było cokolwiek. Tu nie było niczego. Byłam kobietą, która zawsze stawała na środku, tupała z wściekłości nogami i krzyczała, że wszyscy jeszcze zobaczą. Że mam rację, że nie poddamy się, ogarniemy to, utrzymamy - choćby miało mnie rozerwać - ale wszystko będzie dobrze. Zostałam zmuszona do wyjścia na swój środek, spuszczenia głowy i powiedzenia „Mieliście rację”, ale nie mogłam. Nie mogłam. Nie przechodziła mi przez serce myśl, że to koniec. Nie przechodziła przez nic. Wisiała mi nad głową jak czarna, gradowa chmura i ciskała we mnie piorunami, ale spakowałam się w torbę próżniową, zabarykadowałam, owinęłam łańcuchami i próbowałam udawać, że wszystko wszystkim, ale przecież zawsze przez całe życie wychodziło mi wszystko, na czym mi zależało, więc tym razem nie może być do kurwy nędzy inaczej. A było. Spierdoliliśmy tę miłość jak mało kto.
-Marta Kostrzyńska; fragment czegoś, co powstaje
“Obyś nigdy nie poczuł tego, co zniszczyło mnie dzisiaj.”— Nina Reichter (via bezciebienieistnieje)